Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GlossyBox. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GlossyBox. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 listopada 2013

Cukrowy peeling Topaz Glamour - Yasumi

 Ostatnio pokochałam peelingi i w końcu zaczęłam stosować je regularnie. Dlatego dzisiaj kolejny post o peelingu, który znalazł się w Glossybox Kwiecień 2013 - Cukrowy peeling Topaz Glamour od Yasumi.

 
 Parę słów ze stronki producenta (KLIK):
 

Skład:


 Teraz parę słów ode mnie ;). Uważam ten peeling za idealny i na pewno najlepszy jaki do tej pory używałam. Ścieranie jest bardzo dobre pomimo tego, że jest to peeling cukrowy. Kryształki cukru nie rozpuszczają się tak szybko jak w większości wypadków. Świetnie współgrają z olejkiem, w którym są zatopione. Po raz pierwszy czuję, że kryształki i olejek tworzą spójną całość. Kryształki nie ślizgają się po olejku, tylko ścierają, a olejek jest dodatkiem, który fajnie nawilża skórę, ale nie pozostawia nieprzyjemnie tłustej warstwy. Skóra po użyciu jest miękka, nawilżona i gotowa na kolejne kosmetyki pielęgnacyjne. Do tego jeszcze ten cudowny zapach ! Naprawdę polecam ! Nie mam temu peelingowi nic do zarzucenia !
 Cena to 45 zł za 220 g produktu. Myślę, że cena jest do przejścia, ponieważ produkt jest naprawdę świetny!
 
 A któraś z was używała tego peelingu ? A może innego produktu Yasumi ? Ja miałam także z Glossybox płyn micelarny, możecie o nim poczytać tutaj. Jakie są wasze wrażenia ? :)
 
 Pozdrawiam ! :)


 
 

wtorek, 5 listopada 2013

Rewitalizujący cukrowy scrub do ciała - PAT&RUB

 Ten post chciałabym poświęcić na recenzję peelingu, który znalazł się w GlossyBox Październik 2013 by Kasia Tusk. Jest to kolejny peeling marki Pat&Rub, który znalazł się w kosmetycznym pudełku. O pierwszym, z wcześniejszego pudełka pisałam tutaj - klik.
 
 
 
 
Informacje ze strony producenta (KLIK):
 
 
 
 
 Tak jak wyżej napisałam, peeling pochodzi z GlossyBoxa, więc nie mogę ocenić opakowania, ponieważ to które posiadam to tylko miniatura.
 
 Konsystencja:
Peeling jest bardzo mocno zbity. Drobinki są posklejane ze sobą tłuszczem, trochę to przypomina jakiś smalec czy inny tłuszcz w formie bardziej ciała stałego niż płynnego, jak to zazwyczaj bywa w tego typu produktach.
 
 
 
 Zapach:
Cytrynowy, mi się bardzo podoba, uwielbiam cytrusowe zapachy kosmetyków. W sumie mógłby być troszkę łagodniejszy, bo czasami wydaje mi się, że pachnie zbyt mocno i nachalnie.
 
 Opinia:
Ja jestem bardzo niezadowolona z tego produktu. Ciężko się z niego korzysta, jest zbyt mocno zbity. Praktycznie w ogóle nie peelinguje, ale nie ze względu na drobinki, ale na to, że po pierwsze jest posklejany w grudki, a po drugie ten tłuszcz jest tak tłusty, że drobinki się po nim ślizgają. Po użyciu pozostaje na skórze bardzo tłusta warstwa, a nawilżenia nie zauważyłam, a może nawet wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że mam po nim lekko wysuszoną skórę.
 Jedyne do czego go używam obecnie do dłonie, bo można wcześniej dobrze rozgrzać olejek i jakoś da się z niego skorzystać. Ogólnie jednak nie polecam, a ja na pewno nigdy go nie kupię.
 Dla mnie jedynym plusem jest zapach i skład. Po za tym wszystko na minus. Wiem, że peeling ogólnie ma świetne recenzje, więc nie wiem czy to ja go nie potrafię używać czy o co chodzi ;).
 
 Któraś z was używała tego peelingu ? Jesteście zadowolone czy może macie podobne odczucia jak ja ?  Jestem bardzo ciekawa waszych opinii, więc śmiało się wypowiadajcie ;).
 
 Pozdrawiam ! 

czwartek, 31 października 2013

Organiczy Energetyzujący Peeling Do Twarz - Love Me Green

 Dzisiaj pierwsza recenzja kosmetyku z GlossyBox Październik 2013 by Kasia Tusk, o którym więcej TUTAJ. Pudełko to podobno już jest wyprzedane i nie będzie go już w sprzedaży, więc Ci, którzy go nie kupili niech żałują ;).
 
 Chciałabym się skupić w tym poście na peelingu do twarzy marki Love Me Green.
 


 Ze strony producenta (KLIK):


 Właściwości:

Naturalny, wygładzający bio peeling organiczny do twarzy, delikatnie usuwa martwe komórki z powierzchni skóry, stymuluje procesy regeneracyjne, polepsza koloryt skóry. Łagodnie eliminuje nadmiary łoju skórnego, usuwa nieczystości i zrogowaciałe komórki. Zabezpiecza skórę przed oznakami starzenia pozostawiając skórę miększą, gładszą, promienną, poprawiając jej nawilżenie.


 Produkt zamknięty jest w przyjemnej w użyciu miękkiej tubce. Zawsze lubię tego typu opakowania, ze względu na miękkość, tubkę łatwo się zgniata i przecina, dzięki czemu można wydobyć każdy gram produktu ;). Pojemność - 75 ml.

 Jeżeli chodzi o zapach to według producenta jest to olejek pomarańczowy. Rzeczywiście pachnie czymś w tym stylu, ale mi ten zapach nieszczególnie się podoba, ale też nie przeszkadza, jest po prostu neutralny ;).

 Konsystencja jest dość rzadka. W żelu zatopionych jest niewiele małych drobinek peelingujących - zdjęcia pod spodem.
 

 
 
 Drobinek peelingujących jest niedużo, a jeszcze ze względu na rzadkość żelu, w którym są zatopione "gubią się" jeszcze dodatkowo przy użyciu. Z tego względu peeling należy raczej do delikatnych, drobinki także nie są szczególnie ostre i nie ścierają zbyt mocno.
 
 Delikatność peelingu mimo wszystko nie szkodzi na jego skuteczność. Skóra po użyciu widać, że jest rzeczywiście czysta i dużo lepiej wygląda. Widać zmianę w kolorycie i nawilżeniu skóry, oczywiście na plus ! Skóra jest miękka i przyjemna w dotyku. Jestem posiadaczką cery tłustej, a mimo to  peeling świetnie dawał sobie rady.
 
 Podsumowując jestem bardzo zadowolona z tego peelingu i na pewno chętni bym go jeszcze zakupiła. Odstraszać może trochę cena - 49,90 zł za tubkę 75 ml, ale w końcu mam do wykorzystania bon z pudełka, więc może się na niego skuszę ;). Chociaż zastanawiam się jeszcze nad Nawilżającym eko balsamem karite, który też miałam kiedyś okazję testować i był świetny ! Pięknie pachniał i naprawdę dobrze działał ;).
 
 Tutaj jeszcze skład dla chętnych:
 

 A wy używałyście kosmetyków tej marki ? Może tego peelingu ? Jak wrażenia ? :) A jakie macie swoje ulubione peelingi do twarzy ? :)
 
Pozdrawiam ! 
 

piątek, 25 października 2013

Dermonaprawczy krem z witaminą U - Clarena

 Dzisiaj może coś na temat kremu, który nie dawno udało mi się skończyć. Chodzi tu o krem marki Clarena, a dokładniej dermonaprawczy krem z witaminą U. Dostałam go w pudełku Glossy w marcu tego roku.
 


 Pochodzi on z linii Dermosensi Line - unikalna linia dermokosmetyków przeznaczona do pielęgnacji cery wrażliwej, atopowej, skłonnej do podrażnień. Zastosowano w niej innowacyjną witaminę U ( S – Methylmethionine ), kompleksy roślinne i substancje odbudowujące barierę hydrolipidową. Kosmetyki, zapewniają „efekt opatrunku”, sformułowane zostały bez parabenów, silikonów, etanolu, syntetycznych barwników i alergenów w kompozycji zapachowej. Ze względu na swoje szczególne właściwości preparaty polecane są również po zabiegach dermokosmetycznych, gwarantuje to kompleksową regenerację i ochronę wymagającej skóry. (Informacje ze strony internetowej producenta KLIK).
 
 Dalsze informacje ze strony producenta:

Krem o bogatej formule rekomendowany dla wrażliwej, alergicznej, zniszczonej, skłonnej do podrażnień cery. Witamina U i RonaCare® Tiliroside stymulują procesy  naprawcze i regenerację skóry. Xeradin™ zapewnia natychmiastowy i długotrwały efekt nawilżenia. Kwasy omega 3,6,7,9 i masło Shea wzmacniają barierę hydrolipidową, delikatnie natłuszczają i tworzą komfortowy film ochronny. Krem polecany jest również po zabiegach dermokosmetycznych i opalaniu.

SPOSÓB UŻYCIA: stosować codziennie rano i wieczorem.

Produkt sformułowany bez parabenów, silikonów, etanolu, syntetycznych barwników i alergenów w kompozycji zapachowej.

Skład:


 Moja opinia:
 
Początkowo byłam zadowolona z tego kremu, ładnie wyrównał mi koloryt, nie podrażniał, może nawet troszkę łagodził podrażnienia. Po pewnym czasie jednak zauważyłam, że zapycha mi skórę. Nie było to natychmiastowe i bardzo wielkie, ale jednak było, a przecież nie o to chodzi w kremie. Dodatkowo niedługo po użyciu moja skóra była bardzo tłusta i nie nadawała się nawet pod makijaż. Przez cały dzień czułam go na twarzy. Działo się tak na pewno ze względu na jego konsystencję, która jest lekko woskowa i troszkę ciężka. Dla osób z wrażliwą i uszkodzoną skórą rzeczywiście może się sprawdzić bardzo dobrze, jednak przy cerze mieszanej nieszczególnie go polecam. Sama na pewno bym go nie kupiła, jednak skoro pojawił się w pudełku to musiałam go przetestować ;). Mam jeszcze jeden krem tej marki i na pewno także go spróbuję, z tego co mi się wydaje jest trochę lżejszy, więc powinien się sprawdzić dużo lepiej. Tej marki miałam jeszcze krem do biustu, z którego byłam bardzo zadowolona, więc pomimo tego, że krem z witaminą U się nie sprawdził, na pewno do marki się nie zrażam.
 
 Podsumowując - dla cery mieszanej i tłustej - NIE, dla cery podrażnionej czy zniszczonej powinien być w porządku ;).

 Jeśli chodzi o ogólny opis kremu to jego konsystencja jest woskowa i troszkę tępa przy rozsmarowywaniu. Raczej bez zapachowy.
 
 Recenzja nieszczególnie długa, ale nie wydaje mi się, żebym miała jeszcze coś do dodania. Po prostu się nie sprawdził, bo nie był odpowiedni do mojej cery. Któraś z was go używała ? Jak wrażenia ? Może miałyście jakieś inne kosmetyki tej marki ? :)
 
Pozdrawiam !

piątek, 18 października 2013

Płyn micelarny 3 w 1 - Yasumi

 Ze względu na to, że mam jeszcze kilka płynów micelarnych do przetestowania, zajmę się dzisiaj płynem Yasumi, który pojawił się w GlossyBoxie w grudniu 2012 r.
 

 
 Opis z buteleczki:
 Płyn micelarny do demakijażu, oczyszczania i tonizacji skóry. Przeznaczony do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju cery.
 Płyn micelarny Yasumi zawiera micele, które pochłaniają zanieczyszczenia oraz nadmiar sebum. Jest bogaty w naturalną betainę, która chroni błonę komórkową i wpływa na utrzymanie optymalnego nawilżenia skóry. Gliceryna sprawia, że skóra jest miękka, elastyczna i gładka. Rumianek solny łagodzi podrażnienia, rumień i zaczerwienienia  skóry, a także działa przeciwzapalnie. D-panthelon łagodzi podrażnienia, działa kojąco i osłaniająco.
 Yasumi Micellar Liquid 3 in 1 nie narusza warstwy hydrolipidowej naskórka. Nie zawiera alkoholu. Może być stosowany również do demakijażu oczu. Specjalna beztłuszczowa formuła nie pozostawia uczucia lepkości i tłustości.

 Według mnie ten płyn nie nadaje się za bardzo do demakijażu. Owszem, coś tam zmywa, jednak nie tak dobrze, jakby się tego oczekiwało. Ja nie stosuję dużo kosmetyków kolorowych, więc nie miałam większego problemu ze zmywaniem makijażu, ale z wodoodporną kredką miał już pewien problem, a myślę, że tuszu mógłby nie zmyć. Za to świetnie nadaje się do tonizacji i nawilżania skóry. Używając go na już oczyszczoną skórę sprawdzał się naprawdę fajnie. Rzeczywiście skóra po użyciu była miękka, elastyczna i gładka. Łagodził lekkie podrażnienia i nawilżał skórę. Do tego jeszcze bardzo ładnie pachnie ! ;)
 Podsumowując - do demakijażu NIE ! Do stosowania na już oczyszczoną skórę sprawdzi się naprawdę świetnie ! :)

 Dość krótka recenzja, ale nie ma co więcej pisać o tym produkcie. Najważniejsze jest to, że średnio nadaje się do demakijażu, a reszta obietnic producenta raczej się sprawdza, przynajmniej na mojej skórze :). Wy macie może jakieś doświadczenia z tym kosmetykiem ? A może z innymi od Yasumi ? Piszcie co sądzicie :) Jeśli macie jakieś pytania to zadawajcie, może poszerzę recenzję lub po prostu odpowiem wam w postach :).


Jeszcze skład dla chętnych :

 
 
  Pozdrawiam !

czwartek, 17 października 2013

Dwa Peelingi - Mariza i Pat&Rub

 Dzisiaj recenzja i porównanie dwóch peelingów. Stwierdziłam, że są do siebie mimo wszystko dość podobne i nie warto pisać dwóch osobnych postów. W jednym można je przynajmniej porównać ;). 

 Pierwszym z produktów jest Peeling solny do ciała z olejkiem migdałowym linia Spa Grejpfrut Mariza, a drugim Stymulujący piling do ciała z soli, cukru, olei i olejków PAT&RUB, który znalazł się w GlossyBox Październik 2012.



 
 Olejek
Oba zanurzone są w olejku. Wydaje mi się jednak, że w Marizie jest on bardziej wodnisty lub po prostu bardziej oddziela się od reszty. Tworzy się jakby "papka". W Pat&Rub jest to bardziej spójne i połączone ze sobą, jakby sklejone. Może jest to zasługa cukru w tym peelingu, ale nie wiem ;).
 
 Ścieranie
Wydaje mi się, że lepiej ściera peeling z Marizy. Może mieć na to wpływ to, że peeling Pat&Rub jest peelingiem głównie cukrowym (cukier jest pierwszym na liście składników), a wiadomo, że cukrowe są troszkę słabsze. W Pat&Rub mam też wrażenie, że po chwili ziarenka zaczynają się bardziej ślizgać po olejku niż peelingować. Takie samo wrażenie jest w Marizie, ale po nieco dłuższej chwili. Ponownie może być to spowodowane tym, że Mariza jest peelingiem solnym, gdzie ziarenka są grubsze i wolniej się rozpuszczają, niż w Pat&Rub, gdzie ziarenka cukrowe szybciej się rozpuszczają i siłą rzeczy mamy po chwili dużo mniej treściwy peeling.
Edit 21.10.2013 używając Pat&Rub na mokro po chwili praktycznie w ogóle nie mamy już drobinek peelingujących. Polecam więc używanie go na sucho :). 
Efekty ścierania oceniam także po wrastających włoskach po depilacji, jest to zdecydowanie najlepszy sposób oceny ;). Na nodze, na której użyłam Marizę wrastających włosków jest troszkę mniej, niż na drugiej, na której użyłam Pat&Rub.
 
 Olejek po użyciu
W obu przypadkach olejek oczywiście zostaje na skórze. Nie widzę za bardzo różnicy w tym jak ten olejek "leży" na skórze. Wydaje mi się, że ten z Marizy albo jakoś bardziej się wchłania, albo po prostu szybciej ściera, jednak myślę, że to są już jakieś moje urojenia, a różnicy tak naprawdę nie ma ;).
 
 Zapach
  • Mariza - teoretycznie grejpfrutowy. Mi się kojarzy w cytrynowym płynem do naczyń, trochę chemiczny, ale ogólnie może być.
  • Pat&Rub - kojarzy mi się jakby bardziej ziołowo, ale też gdzieś wpadający w jakieś cytrusy.
Żaden z tych zapachów mnie nie powala, ale są w porządku :). 
 
 Wydajność
Oba są bardzo wydajne. Nie potrzeba nam wiele produktu, żeby dokładnie się wypeelingować ;).
 
 Składniki
Pat&Rub jest w 100% naturalny. Z resztą niżej jest spis składników i od razu widać ogromną różnicę między tymi produktami. Tutaj na pewno wielki plus dla Pat&Rub za ilość i jakość składników ! Myślę, że nie będę się tu szczególnie rozpisywać, wystarczy zerknąć na spis składników i wszystko wiadomo. W tym "starciu" Pat&Rub ZDECYDOWANIE wygrywa ;).
 
 Cena - nie uwzględniam promocji
Pat&Rub 500 ml - 99 zł
Mariza 200 ml - 17,90 zł (500 ml wyszłoby 44,75 zł)
 
 Peelingi są tak do siebie podobne, że te różnice, które opisałam powyżej to była kwestia już naprawdę czepiania się najmniejszych szczegółów. Bardzo polecam oba peelingi. Wiadomo, jeżeli komuś zależy na większej ilości naturalnych i odżywczych składników to polecam Pat&Rub. Jeśli komuś zależy na lepszym ścieraniu to Marizę. Może być wiele innych powodów, dla których wybrać jeden, a nie drugi. Jeśli macie pytania to piszcie, chętnie wam na nie odpowiem i rozwieję wasze wątpliwości :). Jeżeli nie wiecie gdzie kupić kosmetyki Mariza to także piszcie, jestem konsultantką, więc mogę wam zamówić, chyba, że same chcecie zostać konsultantkami to także zapraszam, wszystko wam wyjaśnię ;).
 
 Żeby dopełnić porównania stwierdziłam, że warto dokładniej przeanalizować składy. Szczerze mówiąc nie znam się na tym, a wszystkie dane dotyczące poszczególnych składników pochodzą z: Pat&Rub, kosmopedia.org.




 
 Mariza:
Sodium Chloride - chlorek sodu, czyli sól ;)
Prunus Amygdalus Dulcis Oil - olej ze słodkich migdałów; zmiękcza naskórek i wzmacnia barierę lipidową;
Shea Butter - masło Shea; naturalny filtr przeciwko promieniom UV, nawilża, odżywia i chroni skórę, koi podrażnienia;
Petrolatum - wazelina; emolient tzw. tłusty, niekomedogenny - nie powoduje powstawania zaskórników. Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza skórę i włosy
Vitis Vinifera Seed Oil - olej z nasion winogron; Działa antyoksydacyjnie, hamuje proces starzenia skóry, działa przeciwzapalnie i kojąco;
Parafinum Liquidum - parafina ciekła; emolient tzw. tłusty. Substancja komedogenna, czyli sprzyja powstawaniu zaskórników. Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza skórę i włosy. Warstwa okluzyjna chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami środowiskowymi. Nadaje połysk. Wykazuje działanie regenerujące. Substancja antystatyczna zapobiega elektryzowaniu się włosów;
Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter - masło kakaowe; nawilża, wygładza i natłuszcza skórę, dzięki antyutleniaczom zwalcza wolne rodniki;
Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil - olej Jojoba; Odżywia, zmiękcza, nawilża i natłuszcza skórę oraz włosy. Pomaga w leczeniu trądziku;
Ethylparaben, Methylparaben, Propylparaben - parabeny, czyli nic dobrego :/ 
Parfum - składniki zapachowe;
Citral - Alifatyczny aldehyd terpenowy. Imituje zapach cytryny. Znajduje się na liście potencjalnych alergenów;
Linalool - Nienasycony alkohol alifatyczny z grupy terpenów. Imituje zapach konwalii. Znajduje się na liście potencjalnych alergenów.
Limonene - Jednopierścieniowy weglowodór terpenowy. Imituje zapach skórki cytrynowej. Znajduje się na liście potencjalnych alergenów.
CI 47005 - Barwnik pochodzenia chemicznego. Barwnik żółty. Żółty do pomarańczowy proszek lub granulki rozpuszczalne w wodzie, mniej w etanolu, praktycznie nierozpuszczaln w olejach roślinnych. Substancja odporna na światło i ciepło, bardzo stabilna przeciwko kwasom owocowym. Barwnik dozwolony we wszystkich kosmetykach i niektórych produktach spożywczych (w USA zabroniony).


 
 Pat&Rub:
Sucrose - Cukier trzcinowy, rozjaśnia i odkaża skórę.
Sodium Chloride
Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil - Olej słonecznikowy, zawiera fosfolipidy, karoten i witaminę E. Wzmacnia, zmiękcza i wygładza skórę. Ma działanie przeciwrodnikowe i przeciwzapalne. Niekomedogenny.
Caprylic/Capric Triglyceride (Fractionated Coconut Oil) - Otrzymywany z naturalnego kwasu tłuszczowego (oleju kokosowego) i glicerydu. Doskonała naturalna roślinna substancja zmiękczająca i ułatwiająca rozpuszczanie. Dopuszczona przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne.
Gliceryl Dibehenate -
Tribehenin - Stabilizator emulsji. Otrzymywanie: Naturalny wosk , posiada certyfikat EcoCert.
Glyceryl Behenate Tocopherol (mixed) - Roślinny zagęstnik, substancja poprawiająca konsystencję emulsji, nawilża i natłuszcza.
Beta-Sitosterol - Sterol roślinny, emolient, stabilizator emulsji.
Squalene - Aktywny składnik otrzymywany z oliwy z oliwek. Ma własności antybakteryjne, przeciwgrzybiczne, odżywcze i regenerujące.
Citrus Medica Limonum Peel Oil
Citrus Grandis Peel Oil - Pozyskiwany ze skórki grejpfruta. Dodaje energii, działa pobudzająco, zawiera dużą ilość witaminy C.
Citrus Nobilis Peel Oil - Olejek eteryczny ze skórki mandarynki. Bogaty w Witaminę C, energetyzuje, odświeża.
Rosmarinus Officinalis Leaf Oil - Pozyskiwany z liści Rozmarynu z upraw organicznych. Posiada certyfikat EcoCert. Działa antyseptycznie, odświeżająco i pobudzająco. Polecany na różne schorzenia skory.
Citral - Składnik olejku eterycznego
Citronellol - Występuje powszechnie w olejkach eterycznych takich roślin jak: róża, geranium, melisa, liście cytryny czy pomarańczy. Jest klasyfikowany jako drażniący, stąd znalazł się na liście alergenów.
Geraniol
D-Limonene
Linalool

 A Wy używałyście któregoś z tych peelingów ? Jak wrażenia ? A może także próbowałyście obu i możecie powiedzieć jak według was wypada porównanie ? :)

wtorek, 15 października 2013

GlossyBox Październik 2013 by Kasia Tusk

  Do mnie również doszło już pudełko. Pewnie większość widziała zawartość, ale jeśli nie to zapraszam do małego skrótu :).


  W tym miesiącu pudełko skomponowała Kasia Tusk. W ulotce informacyjnej czytamy, że są to produkty, których sama używa i które są bardzo dobrej jakości i w przystępnej cenie. W pudełku znalazły się dwa produkty pełnowymiarowe !
 
  A oto i nasze pudełko:
 
 
  Teraz po kolei co w nim znajdziemy:
 
1. Bioderma - Sensibio H2O 100 ml (pełnowartościowy produkt 48zł/250 ml i 74 zł/500 ml)
 
  Płyn micelarny chyba każdemu znany. Ja go od dawna planowałam kupić, ale jeszcze mi się nie udało, więc cieszę się z tego, że pojawił się w pudełku. Póki co muszę tylko wykorzystać płyny, które mam obecnie, z tego dwa z wcześniejszych pudełek Glossy i Tołpe XL, więc zanim zabiorę się a Biodermę trochę czasu minie ;).
 
 

2. Golden Rose - Lakier do paznokci Rich Color - produkt pełnowartościowy ! 6,90 zł/10,5 ml
 
  Mi trafił się kolor nr 41 - jak dla mnie jest to fiolet wpadający w niebieski, ale sama nie wiem ;P. Kolor nie w moim guście, jednak chętnie spróbuję, takiego odcienia jeszcze nie miałam. Na pewno go zrecenzuję, jednak musze najpierw poczekać, aż odrosną mi paznokcie na tyle, żeby nie było ich wstyd pokazywać. Według producenta już jedna warstwa powinna świetnie kryć i dawać wysoki połysk. Do tego podobno jest jeszcze bardzo trwały. Mam nadzieję, że wszystko to się sprawdzi, ponieważ nie przepadam za długim suszeniem paznokci i obecnie często stosuję lakiery szybkoschnące, ale wiadomo, że ich trwałość jest dużo gorsza.
  Jedyne co mogę na razie powiedzieć to, to, że pędzelek jest rzeczywiście szeroki. Ja takie bardzo lubię, więc na pewno będzie mi się nim dobrze malować :).
 

3. Love Me Green - Organic Energising Face Peeling - produkt pełnowartościowy ! 49,90 zł/75 ml
 
  Miałam już kiedyś próbkę balsamu do ciała tej marki. Znalazła się ona w którymś z poprzednich GlossyBox. Byłam z niego bardzo zadowolona, więc mam nadzieję, że ten peeling również mi się przysłuży.
  Opis z produktu: Peeling do twarzy z olejkiem z ekologicznych pomarańczy i pudrem z ziaren arganu. Olejek z ekologicznych pomarańczy ma właściwości kojące i rewitalizujące.
  Produkt ma być w 98% naturalny.
 

4. Palmer's - Brązujący balsam do ciała 50 ml (produkt pełnowartościowy 45 zł/250 ml)
 
  Z ulotki: Nawilżający balsam oparty na bazie formuły czystego masła kakaowego, wzbogaconego witaminą E. Balsam nadaje równomierny i naturalny odcień skóry muśniętej słońcem już bezpośrednio po nałożeniu.
  Jestem bardzo ciekawa tego produktu, ponieważ wciąż szukam idealnego balsamu brązującego. Mam jeden, który lubię i pasuje mi najbardziej ze wszystkich, ale niestety zostawia, może nie duży, ale jednak, nieprzyjemny zapach bronzera. Ten tak pięknie pachnie kakao, że może da radę stłumić ten niefajny zapach. Zobaczymy... ;). Niestety przetestuję go pewnie dopiero w okolicach Sylwestra lub karnawału, ale na pewno go zrecenzuję ! ;)
 
 
5. PAT&RUB - Cukrowy scrub do ciała żurawina i cytryna 40 ml (produkt pełnowartościowy 79 zł/500 ml)
 
  Z ulotki: Delikatnie złuszcza, ekspresowo nawilża i poprawia wygląd skóry. Cytrynowy aromat dodaje energii. Żurawina zwalcza objawy starzenia się skóry, regeneruje i wzmacnia. Olejek cytrynowy poprawia wygląd skóry, wygładza ją i oczyszcza.
  Produkt ma być 100% naturalny.
  To kolejny produkt tego typu tej marki w Glossy. Lubię wszelkiego rodzaju peelingi i scruby, więc chętnie przetestuję. Jedno co mogę powiedzieć - pięknie pachnie ! :D

 
6. Wella Professionals - Stay Styled Finishing Spray 50 ml (produkt pełnowartościowy 60 zł/300 ml)
 
  Z ulotki: Wspaniale zachowuje kształt fryzury bez utraty naturalnego wyglądu pasm. Nie skleja włosów, jest łatwy do wyczesania. Polimery nabłyszczające sprawiają, że włosy lśnią jak nigdy przedtem.
  Nie używam lakierów do włosów, więc ten produkt nieszczególnie mi odpowiada, ale idzie jesień, więc może się przyda. Zobaczymy :).

 

  Podsumowując:

  Widziałam już wiele negatywnych opinii na temat tego pudełka. Mi się podoba, myślę, że wszystko przetestuję i rzeczywiście mogą być to kosmetyki, które zostaną ze mną na dłużej :). Jedyne co mi trochę nie pasuje w tym pudełku to fakt, że po raz kolejny pojawia się płyn micelarny i scrub z PAT&RUB. Mi to nie przeszkadza, ale nie chciałabym już więcej płynów micelarnych - 3 w ciągu niecałego roku wystarczą ;).

  Dodatkowo w pudełku jest jeszcze voucher na zakupy produktów Love Me Green - 50 zł przy zakupach minimum za 100 zł.
 

  A co Wy sądzicie o pudełku? Korzystacie z Glossy ? Zamawiałyście też ? A może korzystałyście już z tych kosmetyków ? Piszcie ;)

  Jeśli któraś z was nie miała jeszcze styczności z GlossyBox to zapraszam do pisania na maila - zaproszę was do GlossyBox, dzięki czemu zyskacie punkty, które później można wymieniać na darmowe pudełka ;).
 
 

 

poniedziałek, 14 października 2013

Anatomicals - You need a blooming shower - Your nose smells rose - Body cleanser

  Dzisiaj chciałabym napisać o żelu pod prysznic, który był w jednej z edycji GlossyBoxa, a dokładniej w marcu tego roku. Jak można się domyśleć chodzi o żel brytyjskiej marki Anatomicals.
 

  Na tubie jest napisane, że jest to zapach róży, jednak w rzeczywistości jest to zapach róży i jaśminu. Nigdy nie lubiłam kosmetyków o zapachu róży czy jaśminu. Dlatego też pamiętam moją reakcję na to, że w pudełku zobaczyłam akurat ten żel, którego chciałam najmniej ze wszystkich (było kilka wariantów pudełka - zamiast tego żelu były jeszcze jakieś inne kosmetyki, ale już nie do końca pamiętam co :)). Z drugiej strony już od dawna znałam Anatomicals, ale nigdy nie miałam okazji go testować, więc przełamałam się i spróbowałam go ;).
 
  Myślę, że nie ma sensu opisywać opakowania/tuby, w którym znajduje się żel, ponieważ to nie jest jego standardowe opakowanie, a tylko "miniatura" dla GlossyBox. 
 
  Konsystencja
Jak dla mnie jest troszkę galaretowata, ale mi osobiście to nie przeszkadza :).
 
  Piana
Praktycznie nie istnieje.
 
  Zapach
Pomimo tego, że nie lubię tego typu zapachów to ten mi się podoba, nie wiem jak  to się stało, ale naprawdę go lubię ;). Jest typowo różany, ale przyjemny i świeży. Zapach pozostaje na skórze jeszcze jakiś czas po prysznicu, więc można się nim nacieszyć nieco dłużej ;).

  Wydajność
Wydaje mi się mało wydajny przez swoja konsystencję, która mi jakoś "ucieka" podczas prysznica. Widziałam jednak opinię, że jest wydajny, więc sama już nie wiem jak to jest, jak dla mnie skończył się szybko ;).
 
  Ogólnie polubiłam go, ale zdecydowanie wolę coś co lepiej się pieni. Zapach jest naprawdę w porządku i nawet jeśli tak jak ja nie lubicie tego typu zapachów to polecam go wypróbować ;).
 
Tutaj jeszcze skład dla chętnych:
 

  A Wy macie jakieś doświadczenia z tą marką ? :)

  Już jutro powinno się u mnie pojawić nowe pudełko GlossyBox, więc na pewno pojawi się jakiś post. Serdecznie Zapraszam ! :)

  Jeżeli któraś z was jeszcze nie zna GlossyBox to piszcie, jeśli was polecę dostaniecie dodatkowe punkty, które później będziecie mogły wymieniać na darmowe pudełka :).
 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Clinique - All About Eyes

 Kolejny kosmetyk z listopadowego GlossyBox, jeśli chcecie znać resztę produktów, zajrzyjcie TUTAJ.


 Tego kremu pewnie nikomu nie trzeba przedstawiać, ale dla tych, którzy nigdy nie mieli z nim styczności - od producenta:
Lekki krem pod oczy zmniejszający widoczność opuchnięć, cieni i drobnych linii. Kremowo-żelowa formuła sprawia, że makijaż oczu dłużej się utrzymuje. Do stosowania rano i wieczorem, pod oczy i na powieki. Przetestowany okulistycznie.

 W pudełku znalazł się słoiczek o pojemności 5 ml. Oryginalny produkt ma 15 ml i kosztuje 165 zł. 


 Co tu dużo mówić, w 100% zgadzam się z producentem. Krem jest bardzo lekki o takiej konsystencji jaką lubię, czyli własnie kremowo-żelowej, dzięki której świetnie nawilża i koi skórę. W znacznym stopniu zmniejsza widoczność cieni i opuchnięć pod oczami, które mam bardzo mocno widoczne i zawsze miałam problem z ich ukryciem. Teraz może jeszcze nie zniknęły, ale naprawdę są dużo mniejsze i łatwiejsze do ukrycia przez korektory itp. Jak jest ze zmarszczkami to szczerze mówiąc nie wiem, zmarszczek jeszcze nie posiadam, a na te mimiczne nie zwracam uwagi, bo chyba bym oszalała, gdybym miała się nimi przejmować ;P. Dzięki żelowej formule dużo fajniej trzyma się też podkład czy korektor pod oczami. Nie roluje się i nie wchodzi w zmarszczki. 
 Jest to najlepszy krem pod oczy jaki używałam. Cena może i trochę wysoka, ale krem jest tak wydajny, że myślę, że gdy te 165 zł rozłożymy na ilość miesięcy na które nam starczy to nie będzie aż tak źle, jak się wydaje. Ja tej próbki używam od kiedy dostałam Glossy, czyli od ponad dwóch tygodni. Fakt, używam go tylko na dzień, ale za każdym razem biorę go za dużo. Póki co w ogóle nie zauważyłam ubytku w kremie, więc myślę, że jeszcze trochę mi posłuży! Na pewno napiszę kiedy się skończy, sama jestem ciekawa na jak długo starczy ;).

 A jaki jest wasz ulubiony krem pod oczy ? Z czym macie największy problem w okolicach oczu ? Czy może jesteście tymi szczęściarami, które mają piękną i gładką skórę pod oczami, bez żadnych cieni czy opuchnięć ? ;)

 Pozdrawiam ! ;)

Beauty Face - MOOYA - Maska + Serum Efekt Peelingu Kwasy Owocowe

 Dzisiaj kolejna recenzja produktu z październikowego GlossyBox, a mianowicie maseczki z linii MOOYA. Cena to 15,90 zł za jedną maskę.


  MOOYA to seria wyjątkowo skutecznych profesjonalnych zabiegów pielęgnujących skórę stworzonych na bazie naturalnych aktywnych składników, bez dodatku sztucznych barwników, konserwantów oraz perfum. Każdy zabieg złożony jest z intensywnie działającej maski na twarz i szyję lub na dłonie, stopy i biust w postaci delikatnego bawełnianego płata o kształcie ciała, silnie nasączonego naturalnymi substancjami czynnymi oraz aktywnego serum wykańczającego zabieg, o działaniu odmładzającym i poprawiającym skórę stworzonego na bazie kolagenu, bio-złota i ceramidów.

 MOOYA Bio Organiczny Zabieg "Efekt Peelingu"
Peelinguje - przyspiesza złuszczanie i usuwanie obumarłych komórek, silnie nawilża, przyspiesza odbudowę kolagenu, witaminizuje, rozjaśnia plamy i przebarwienia, zmniejsza zmarszczki i poprawia elastyczność i jędrność.

Składniki aktywne: Kompleks roślinnych kwasów, Kwasy owocowe AHA, kompleks multiwitaminowy, faktor nawilżający, wyciąg z dzikiej chryzantemy.

Skład: 


 Zacznę od tej bawełnianej maski, którą nakłada się na twarz.


 Ogólnie jest w porządku. Tylko musimy leżeć bez ruchu, żeby dobrze pokrywała całą twarz, szyję i dekolt, ponieważ maseczka jest bardzo obficie nasączona i po prostu spływa troszkę z twarzy. Jeśli się za dużo nie ruszamy jest ok, chociaż i tak cały czas spadał mi fragment maseczki na usta.
 Gdy mamy nałożona maseczkę na twarz rzeczywiście czuć działające na nią kwasy. Po zdjęciu bawełnianego płata na twarzy wciąż pozostaje nam sporo maseczki, którą należy zmyć, aby nałożyć serum. Po zdjęciu maseczki, a jeszcze przed nałożeniem serum czuć, że skóra jet bardzo dobrze oczyszczona i odświeżona, jest uczucie takiego odżycia skóry.
 Serum jest dość tłuste, wydaje mi się, że takie troszkę jakby woskowe. Szczerze mówiąc nie wiem co dało to serum, ja chyba wolałabym nałożyć sobie jakiś inny krem czy serum, ale wierzę, że akurat to serum jest najlepsze ;).
 Jakie mam ogólne wrażenia po użyciu maseczki ? Oczywiście jak najlepsze ! Maska jest świetna, efekt peelingu widoczny bardzo dobrze. Skóra jest czysta i świeża, czuć jak swobodnie oddycha :). Chętnie spróbowałabym jeszcze innych masek z tej serii. Cena wydaje się dość duża jak za jedną maskę, ale wydaje mi się, że warto sobie od czasu do czasu zafundować taką przyjemność ;). Jeżeli kogoś nie stać lub komuś żal pieniędzy na zabiegi u kosmetyczki, ta maseczka jest fajną alternatywą ;).

 Miałyście do czynienia już z maseczkami z tej serii ? Może chciałybyście spróbować ? A może znacie jakieś inne maseczki tego typu, które mogłybyście polecić ?

 Wiem, że post jest trochę nieskładny i nie wszystko przekazuje, więc jak coś chcecie wiedzieć to pytajcie, chętnie odpowiem na wasze wątpliwości ;)

 Pozdrawiam ! 


niedziela, 25 listopada 2012

Bazy pod cienie do powiek - ArtDeco, Cashmere, Inglot

 Miałam zamiar napisać recenzję bazy pod cienie, którą znalazłam w listopadowym GlossyBox. Postanowiłam więc, że napiszę jeszcze o bazie z ArtDeco, którą pewnie wszystkie świetnie znacie oraz o Duraline z Inglota, który też pewnie jest znany przez większość z was ;).

 Zacznę od bazy Cashmere, która pojawiła się w GlossyBox, który opisywałam TUTAJ. 


 Pierwsze co muszę przyznać to to, że pojemniczek jest dużo bardziej poręczny od tego z ArtDeco. W przypadku tej bazy nie ma problemu z wydostanie produktu z pojemnika, ponieważ jest niski i szeroki, co na pewno ułatwia wydobycie bazy, szczególnie gdy posiada się długie paznokcie ;).


 Jeżeli chodzi o konsystencję to baza jak baza, chyba nie ma się co rozpisywać. To co najważniejsze to nie roluje się, przynajmniej teraz, póki jest świeża. Dobrze się rozprowadza, ale trzeba uważać, żeby nie nałożyć jej za dużo.
 Najważniejsze, czyli działanie. Baza jest raczej średnia. Cienie trzymają się lepiej, trochę dłużej, nie rolują się tak mocno, ale nie utrzymuje się to wszystko tak długo jak powinno. Po kilku godzinach widać, że cienie się rolują i lekko rozmazują, w dużo mniejszym stopniu niż w przypadku niezastosowania żadnej bazy, ale jednak. Dlatego oceniam bazę jako średniaka, na pewno lepiej ją nałożyć niż zostawić powieki bez bazy, ale nie można się spodziewać spektakularnych efektów. Bardzo dobrze spisała się na co dzień pod kredkę i do tego mogę wam polecić. Jeśli nie korzystacie z cieni do powiek, a raczej robicie kreski, to na pewno będziecie zadowolone z tej bazy. Cena takiej bazy to 27 zł za 7 g.

 Teraz pora na bazę ArtDeco. 


 Pisząc o Dax Cosmetics mówiłam o plusie za pojemniczek, tutaj niestety wielki minus. Oczywiście pojemniczek jest bardzo fajny, mały, poręczny, jednak gdy troszkę zużyjemy już bazy lub mamy długie paznokcie, bardzo trudno jest wydobyć bazę ze słoiczka. 


 Ponownie o konsystencji rozpisywać się nie będę. Muszę tylko napisać o tym, że jeśli baza jest nieco starsza to ciężko ją dobrze rozsmarować. Wydaje mi się, że na początku tez tak było, jednak tego już nie pamiętam, ponieważ bazę mam już dość długo, na co właśnie obecnie zwalam to niewygodne nakładanie - jest za stara i zrobiła się lekko tępawa.
 Jednak to wszystko to nie jest problem, ponieważ baza jest świetna, cienie utrzymują się mega długo i to w różnych warunkach. Myślę, że większość z was zna ten produkt i podziela moją opinię. Naprawdę nie warto kupować żadnej innej bazy, ta jest najlepsza i w dodatku w bardzo niskiej cenie, nie pamiętam ile dokładnie kosztowała, ale chyba coś koło 30 zł za 5 ml. Muszę jeszcze dodać, że baza jest bardzo wydajna, ja ją mam już bardo długo, a jak widać na zdjęciu niewiele jej zużyłam, chociaż też nie używam jej jakoś szczególnie często, bo na co dzień raczej nie używam cieni :).
 W każdym razie, dzięki tej bazie cienie pozostaną na miejscu przez długi czas i w każdych warunkach ;).

 Ostatnia rzecz to Duraline z Inglot. Nie jest to typowa baza pod cienie. Duraline ma wydobywać kolor cieni i przedłużać ich żywotność na powiece, jednak nie nakłada się go bezpośrednio na powiekę, a na pędzelek z cieniami :). Podobno nadaje się także do pudrów, bronzerów itp.



 Duraline ma postać olejku, który sprawia, że cień staje się wodoodporny i żywszy. Do dozowania służy mała pipeta, którą możemy sobie odmierzyć potrzebną ilość.Niestety jeżeli chcemy rozprowadzić cień na całej powiece lub pomieszać różne kolory ze sobą, będziemy mieć z tym problem. Po użyciu Duraline rzeczywiście mamy piękny, żywy i głęboki kolor, jednak aplikacja jest bardzo trudna, przynajmniej dla kogoś początkującego jak ja ;). Dlatego też jako bazę do cieni stosuję zdecydowanie ArtDeco, ale do rysowania kresek Duraline jest niezastąpiony ! Dzięki niemu nie musimy mieć stosów eyelinerów w różnych kolorach. Wystarczy cień do powiek i ten magiczny olejek Inglota ;). Kreski mają mocny kolor, nie bledną i nie rozmazują się. Efekt jest często jest dużo lepszy niż w przypadku zwykłego eyelinera. Naprawdę polecam ten produkt do malowania kresek. Przede wszystkim jest bardzo wydajny, a kosztuje około 20 zł.
 Jedynym minusem tego produktu jest to, że jeżeli olejek dostanie się na cień to w tym miejscu staje się twardy i średnio da się go później używać. Dlatego najlepiej najpierw nałożyć sobie gdzieś Duraline, a później zamaczać tam pędzelek z cieniem.
 Muszę także wspomnieć o tym, że nie da się dokręcić flakonika. Tak jest przynajmniej u mnie, ale czytałam kilka opinii, gdzie także pisano, że nie da się go dokręcić. Dlatego trzeba uważać przy podróżowaniu, żeby się nie wylał, ale w sumie jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło ;).

 A Wy używacie jakiejś bazy pod cienie ? Korzystacie w ogóle z cieni do powiek ? ;)

 Pozdrawiam ! ;)

środa, 21 listopada 2012

Pierre Rene - Good Bye Cuticles - Żel do pielęgnacji i zmiękczania skórek

 Pora na recenzję pierwszego z produktów z listopadowego GlossyBox, o którym pisałam TUTAJ. Będzie to żel do skórek Good Bye Cuticles.


 Produkt w pudełku był pełnowymiarowy - 11 ml. Żel kosztuje około 13 zł. Jakby ktoś był zainteresowany to jest obecnie na promocji w Naturze i kosztuje 8,99 zł ;). (GAZETKA NATURA)
 Muszę przyznać, że nie stosuję tego typu produktów. Jedyne krem/żel do skórek, który używałam to był chyba krem z Avonu lub Oriflame, ale to było jakieś 10 lat temu, więc po pierwsze nic z tego nie pamiętam, a po drugie byłam dość młoda i myślę, że nie potrafiłam wtedy dostatecznie ocenić tego produktu ;).


 Myślę, że opisywanie pędzelka nie ma większego sensu, ponieważ żel nakłada się bardzo dobrze i chyba nie robiłoby większej różnicy to czy aplikatorem jest pędzelek, gąbka czy nie wiadomo co jeszcze ;). Żel jest dość gęsty i bardzo ładnie pachnie. Jak jest z wydajnością, sama nie wiem, ponieważ nakładam tego dużo, na pewno dużo za dużo, więc trudno mi ocenić ;P. 

 Według producenta: Odżywczy preparat szybko i skutecznie zmiękcza skórki ułatwiając ich usunięcie. Nawilża skórki, zapobiega ich przesuszeniu i zadraśnięciom. Zawiera natłuszczający olejek migdałowy, odżywcze proteiny pszenicy, allantoinę i glicerynę. Aplikować na czyste paznokcie i skórki, wmasować, po minucie usuwać skórki.

 Uważam, że żel w 100% spełnia swoje zadanie. Rzeczywiście bardzo szybko nawilża skórki i pomaga je w łatwy sposób usunąć nie wycinając przy tym za dużo, co czasem na pewno nie jednej z nas się zdarzyło. Skórki są nawilżone i odżywione. Zawsze miałam problem z przesuszonymi skórkami pełnymi ran. Teraz są w dużo lepszej kondycji, a przesuszenia powoli znikają. Naprawdę dobry produkt w niskiej cenie. Myślę, że kupię go, gdy się skończy lub wypróbuje jeszcze jakieś inne żele do skórek, ponieważ nie wiem jak do tej pory mogłam nie korzystać z tego typu rzeczy ;P.

 Skład: 


 Wiele z użytkowniczek GlossyBox miało problem z tym, że marka Pierre Rene czy Dax Cosmetics nie są markami ekskluzywnymi i nie powinny znaleźć się w pudełkach. Sama byłam trochę zawiedziona, jednak teraz dochodzę do wniosku, że w sumie nie ważne jakiej marki jest produkt, ważne czy jest dobry, a przecież każda z nas wie, że nie wszystko to co drogie jest rzeczywiście takie dobre i odwrotnie ;). A że płacimy 50 zł za kosmetyki "gorszych" marek, no cóż, to jest nasze ryzyko, które podejmujemy zamawiając box`y. Z tego co pamiętam to w którymś pudełku francuskim chyba były kosmetyki Bell, które chyba też nie należą do luksusowych ? ;)

 Pozdrawiam ! ;)

poniedziałek, 19 listopada 2012

Rene Furterer - Karite - Maska regenerująca włosy bardzo suche i zniszczone

 Coś ciężko mi idzie pisanie w tym miesiącu, sama nie wiem dlaczego. Już się boję co będzie w grudniu, który mija baaardzo szybko i z pisaniem pewnie będzie jeszcze gorzej, ale może jakoś dam radę ;).
 W każdym bądź razie dzisiaj chciałam napisać recenzję maseczki, która znalazła się w październikowym GlossyBox.


 W pudełku znalazła się tubka pojemności 30 ml. Oryginalny produkt ma pojemność 200 ml i kosztuje około 153 zł. Tutaj muszę wspomnieć o dużej wydajności maseczki. Mam włosy bardzo długie, prawie do pasa. Maseczkę póki co użyłam z cztery razy, a zostało jej jeszcze dość dużo w tubce, więc myślę, że starczy jeszcze na 4/5 użyć ;).



 Maseczka jest gęsta o kolorze żółtym z małymi kuleczkami/drobinkami. Według mnie zapach ma bardzo ładny, który utrzymuje się jeszcze przez 2-3 dni, czyli w moim przypadku 2-3 mycia, ponieważ włosy myję codziennie. Właśnie dzięki tej gęstej konsystencji maseczka jest tak wydajna i bardzo dobrze rozprowadza się na włosach. 
 Według producenta maseczkę powinno się stosować na umyte włosy osuszone ręcznikiem, a następnie pozostawić na 2-5 minut. Ja pozostawiam ją na jakieś 20-30 min. Na włosy nakładam czepek, a później jeszcze otulam ręcznikiem, żeby lepiej się wchłonęła. 
 Efekty ? Włosy są piękne, błyszczące, nawilżone, wygładzone itd. Wyglądają naprawdę świetnie, są sypkie i nie plączą się. Do tego jeszcze pięknie pachną. Efekt utrzymuje się kilka dni, a im dłużej jej używamy tym dłużej utrzymują się jej efekty na włosach. po użyciu maseczki nie stosuję już nawet swojego ulubionego olejku, który do tej pory uważałam za najlepszy produkt do włosów ;) ( RECENZJA). 
 Nie wiem co mogę napisać jeszcze o tej maseczce. Jest tak świetna i tak bardzo mnie zaskoczyła, że aż nie wiem jak ją opisać ;). Mogę powiedzieć najprościej - jest to najlepsza maseczka jaką kiedykolwiek miałam, włosy są po niej takie jak powinny być, odżywione i piękne. Tak mnie zachwyciła, że chyba skusze się na pełnowymiarowy produkt ;). Chciałabym też wypróbować inne produkty tej marki, więc muszę wybrać się po jakieś próbki. Jak tylko uda mi się coś zdobyć to na pewno zrecenzuję ;).
 Jeszcze zapomniałam napisać, że maseczka w ogóle nie obciąża włosów. Są po niej lekkie i puszyste. Muszę przy tym podkreślić, że nie mam włosów suchych i szczególnie zniszczonych, do których własnie przeznaczona jest ta odżywka ;). Jedynie w dzień użycia maseczki włosy mogą być troszkę bardziej obciążone, ale myślę, że to już zależy od rodzaju włosów, bo przy suchych i zniszczonych włosach takie obciążenie może nie mieć miejsca ;).

 Skład:


 Wiele dziewczyn mówi, że żal im wydać 50 zł za pudełko pełne próbek, które w sumie można dostać w każdej drogerii czy perfumerii. Jednak dla mnie te pudełka, pomimo tego, że nie należą mimo wszystko do najtańszych, są sposobem na odkrycie kosmetyków, których pewnie nigdy bym nie spróbowała, bo nie wydałabym 150 zł na kosmetyk, który może okazać się bublem lub nawet nie wiedziałabym, że takie kosmetyki istnieją, więc nie miałabym okazji poprosić o ich próbki. Ta maseczka utwierdziła mnie w przekonaniu, że tak popularne obecnie Boxy są naprawdę fajną rzeczą i warto je zamawiać. Szkoda, że nie są troszkę tańsze, bo rzeczywiście czasem żal wydać te 50 zł, ale czasami trafią się takie perełki jak ta maseczka i wtedy całkiem inaczej patrzy się na te pieniądze, które się wydało na pudełko ;). 

 Jeśli któraś z was jakimś cudem jeszcze nie jest zarejestrowana w ShinyBox lub GlossyBox, a chciałaby zamówić sobie pudełko zapraszam do rejestracji pod poniższymi linkami:
GlossyBox - obecnie jest taka akcja, że jeśli się rejestrujesz z polecenia to zyskujesz 200 GlossyDots, a jak uzbierasz 1000 to dostajesz darmowe pudełko ;)

 A Wy lubicie pudełka ? A może używałyście już jakiś produktów Rene Furterer i możecie coś polecić ? A jakie są wasze wrażenia po testowaniu tej maseczki ? :)

 Pozdrawiam ! 

środa, 7 listopada 2012

GlossyBox Listopad

 I doczekałam się, przed chwilą dostałam nowy, listopadowy GlossyBox ! ;D



 Pudełko nie jest wypełnione po brzegi i jest bardzo lekkie, ale wydaje mi się, że zawartość jest mimo wszystko bardzo przyzwoita.


  Lista produktów:



 W pudełku są dwa pełnowartościowe produkty.

1. CASHMERE, utrwalająca baza pod cienie, 27 zł/ 7 g RECENZJA



 Jestem bardzo ciekawa czy jest w stanie dorównać mojej ulubionej bazie z ArtDeco (RECENZJA) ;). Sprawdzę ją już dzisiaj i myślę, że do dwóch tygodni podzielę się z wami moją opinią ;).

2. PIERRE RENE, Żel do skórek Good Bye Cuticles, 12,99 zł /11 ml RECENZJA


 Szczerze mówiąc nie używam produktów do skórek. Sama nie wiem dlaczego. Dlatego też bardzo chętnie wypróbuję ten produkt i może przekonam się do tego typu rzeczy i zacznę je stosować ;).

 Pozostałe trzy produkty to miniatury, które jednak nie są takie małe i tanie, jeśli porównamy je z oryginałami ;).

3. CHLOE, Woda perfumowana Chloe, flakonik 5 ml, jego cena wychodziłaby między 26 zł, a 38 zł w zależności, która wielkość flakonu weźmiemy za podstawę.


 Zapach piękny, po przetestowaniu jego trwałości może skusze się na pełnowymiarowy flakon ;).

4. CLINIQUE, Krem pod oczy All About Eyes, 5 ml, jest to 1/3 z pełnowymiarowego opakowaia, czyli jego wartość to około 55 zł ;).


 Już dawno temu chciałam wypróbować ten krem, a teraz mam okazję, więc bardzo się cieszę ;).

5. LIERAC, Luminescence Serum, 8 ml, czyli wartość około 65 zł.


 Chętnie wypróbuję, ale już teraz wiem, że raczej go nie kupię :P. A co to tubki, to chyba źle im się zgrzała... ;P

 Podsumowując ja jestem zadowolona z pudełka, chociaż jak zawsze mogłoby być troszkę lepsze, ale narzekać nie mogę, bo naprawdę z dużą chęcią wypróbuję wszystkie te rzeczy ;).

 Jeśli chodzi o wartość pudełka, to podliczając to wszystko powyżej wychodzi średnio około 192 zł ;). Wiadomo jednak, że nie ma co tak liczyć dosłownie tych miniatur, bo niektóre z nich można czasem dostać za darmo ;).

 Jakie są wasze wrażenia ? Zamawiacie też Glossy lub Shiny Boxy ? :)

 Jeżeli któraś z was jeszcze nie jest zarejestrowana, a chciałaby się zapisać na GlossyBox to zapraszam do rejestracji pod TYM linkiem. Dzięki temu zyskacie 100 GlossyDots, więc szybciej dostaniecie darmowe pudełko ;).

Pozdrawiam ! ;)